niedziela, 24 października 2010

Woreczkomania i mała przyjemność

Kiedyś, gdy miałam więcej wolnego czasu, to nałogowo robiłam różnego rodzaju woreczki. Część zostawiałam sobie, inne prezentowałam znajomym. No bo taki woreczek to świetna sprawa jest. Nie dość, że ozdoba, to jeszcze można w nim różne skarby trzymać. Ot, jak np. włóczki, ale o tym woreczku był osobny post, więc już się nie będę powtarzać. A o to, co wydziergały moje łapki:
To jest woreczek na skarpetki dla mojego Chłopca, a do tego cieplusi kocyk.


A to woreczek lawendowy. Tego typu najwięcej udało mi się uszyć Wyszywanie zajmuje dużo czasu, ale za to efekt jest zadowalający. Pięknie pachną zasuszone kwiatki lawendy i -jak dobrze pamiętam - moli w domu nie widzieliśmy żadnych.




A to bardzo babski woreczek na drobne kosmetyki. Stoi taki w łazience i świeci swym różem. Ja tam różowy kolor bardzo lubię, tylko używać go trzeba z umiarem i rozsądnie. A materiał, którym jest wyściełany woreczek jest moim ulubionym wzorem do tego typu prac. Niestety skończył mi się już, więc muszę odnaleźć coś nowego, też ładnego.




A to wspomniana przyjemność. Dostałam tę torebkę od mamy. Z takiej mięciutkiej skórki, pakowna, że ho ho, mój ulubiony kolor. Prosta a dla mnie wyjątkowa. Mamusiu - bardzo dziękuję

A na koniec coś dla miłośników spacerów, szurania po dywanie z suchych liści i dróg, których końca nie widać. A ciekawość, co się znajduje dalej jest silniejsza od nas, więc idziemy i idziemy mrużąc oczy, bo jesienne słońce łaskocze w nos.


poniedziałek, 18 października 2010

O domach w których mieszka tęsknota

Jak wiadomo wszystkim wrażliwcom jesień jest idealnym czasem na refleksje. Przeglądałam ostatnio fotografie zrobione parę lat temu na wsi, gdzie mieszkała moja prababcia. Mieszkała, bo dwa lata temu odeszła do innego, lepszego świata mając za sobą 96 lat. Podczas ostatnich za jej życia odwiedzin na Brzezinie snułam się po wsi w poszukiwaniu ciekawych obiektów do sfotografowania. Za główny temat uznałam stare, opuszczone domy, bo akurat w tamtej wsi takich kilka było. I teraz, gdy oglądam to, co ujęło oko mojego aparatu czuję jak wyzierają niezliczone pytania: kto tam mieszkał? Czy często rozlegał się śmiech dzieci? A może jakaś tragedia dotknęła domowników? Ściany są przesiąknięte jakąś historią, przeżyciami ludzkimi i zdaje się, że tęsknią do tego co było. Bo smutno wyglądają, takie stare obdrapane, z zaciekami. Pewnie jesiennymi wieczorami, gdy wiatr hula w kominie, a deszcz na dworze, płaczą i te ściany, stare i opuszczone, już niechciane.
Do jednego domu można powiedzieć, że się wkradłam. Drzwi drewniane, ledwo stojące, bez oporu się otworzyły. Od lat nikt tam nie mieszkał, ale wnętrze zaskoczyło mnie ilością sprzętów. Była tam pierzyna i stare radio, fotografia na ścianie, kosz wiklinowy, szafa i na niej walizka. Zupełnie jakby ktoś w pośpiechu musiał opuścić to miejsce. Nawet pod świętym obrazem stały lichtarze krzyż i sztuczne kwiatki tworząc skromny ołtarzyk.
Wielką pustkę i tęsknotę tam się czuło. Wiem, że dziś tego domu już nie ma, zburzono go, bo groził zawaleniem. A wiatr nie wdziera się już przez komin do wnętrza, hula swobodnie wygwizdując smętne piosenki.
Drugi dom to całkowita ruina, brakuje jednej ze ścian. Przypomina kalekę. Tylko ogród zarośnięty i bujny od zielska przypomina, że dawniej bawiły się w nim dzieci, matka zbierała warzywa na obiad, ojciec rąbał drewno do pieca... A dziś stoi i patrzy smutnymi oczami na ten ogród i pewnie też wspomina i duma nad przeszłością.
Zdjęcia nie są najwyższych lotów, nie jestem specjalistką w tej dziedzinie, a aparat też nie jest jakiś super, ale mam wrażenie, że ukazują dokładnie to, co chciałam.






niedziela, 17 października 2010

Cytryną i miodem

Moi nieliczni czytelnicy denerwują się, że rzadko dodaję nowe posty. I słusznie, bo przecież nie zakładałam bloga, po to, by zamknąć go za kilka miesięcy. Tak więc obiecuję, że pisywać będę nadal, tylko cierpliwości trzeba do mojego braku czasu dla siebie.
Jesienny czas przyczynił się do zakatarzonego i zakaszlanego domu. Nie wiem jak to się stało, że zachorowali dosłowni wszyscy domownicy prócz mnie. Zaczął Jasiek a potem to się już posypało: jego tata, dziadek i babcia też. A ja w tym wszystkim siedziałam i tylko pytałam, czy może herbatkę, miodzik, czosneczek? Na szczęście wszyscy już są cali i zdrowi, udało im się wymknąć ze złych szponów choróbska. A co do tych domowych medykamentów, to uważam je za bardzo skuteczne w zwalczaniu lekkiego przeziębienia, a do tego są pyszne przecież. Herbatka z miodzikiem i cytryną...hmmm co to za jesień i zima bez tego napoju. A ja nawet lubię sobie zrobić kawałek bułki z serkiem i na to drobno posiekany czosnek i zapiec w mikrofali (z powodu braku opiekacza). Pyszne i zdrowe!
Marek ostatnio wpadł na pomysł, by sporządzić skrzyneczkę, w której byśmy trzymali swoje własne zioła, takie jak: bazylia, mięta, tymianek, rozmaryn. Świetna sprawa mieć taką skrzyneczkę wypełnioną zapachami ziół. Do zupy, do sosów, można herbatę sobie zrobić ze świeżej mięty, wszystko pod ręką. I zabrał się oczywiście z ogromniastym zapałem do pracy. Skrzyneczka już jest zbita, stoi dumnie w piwnicy, tylko czeka na pomalowanie. Problem w tym, że coś nam się wydaje, że miejsce na parapecie naszego okna nie jest odpowiednie (innego nie mamy:/). Może i słońce tam dociera, ale ciepło unoszące się znad kaloryferów, to chyba nie posłuży roślinkom. Tak więc obawiamy się, że skrzyneczka będzie musiała przeleżakować sobie do wiosny, by móc znaleźć swój kącik na balkonie.
A tu parę zdjęć z końcówki lata, jakże słonecznej i apetycznej, aż się wraca do niej we wspomnieniach. Dodaję też fotografię naszego jesiennego koszyka - smakowita kompozycja. Lubię, gdy w mój obiektyw wkradnie się charakterystyczna cecha dla jakieś pory roku. Staje się jakby namacalna...





piątek, 24 września 2010

Gość

Radość moja była wielka, gdy odwiedziła nas na kilka dni moja Kuzynka i jednocześnie Przyjaciółka. Nie widziałyśmy się bardzo długo, a mimo to znalazłyśmy wiele wspólnych tematów, zainteresowań, nawet nasze plany życiowe w pewnych momentach się krzyżowały. Korzystając z okazji, że babcia chętnie zajęła się małym Jasiem wybraliśmy się do miasta. Oczywiście buszowanie w Taniej książce i na pchlich targach było gwoździem programu. No bo, co my za to możemy, że lubimy otaczać się pięknymi przedmiotami, które poprawiają nastrój i estetykę pokoju? Na naszym ulubionym bazarku udało nam się wygrzebać nie lada skarby. W ramach przyjemności postanowiliśmy powymieniać się podarunkami. Dostaliśmy zatem od naszego gościa istne cudeńka. Maleńką lampkę naftową, której płomień potrafi być całkiem spory. Przypomina nieco lampkę Alladyna i przecudnej urody stoliczek. Troszkę obdrapany, ale to mu właśnie dodaje uroku. Ja go docenię, bo sprzedawca bynajmniej tego nie robił. Na moje komplementy w stylu: "Ależ pan ma tu piękne rzeczy" odpowiedział: "A co w nich pięknego? Stare i obdrapane!". Najlepiej zabrałabym ze sobą cały ten jego kram. A Marek i ja sprezentowaliśmy Małgosi inną lampę naftową, dużą, dającą błękitne światło. Mamy nadzieję, że będzie służyć pomyślnie. Nie mogliśmy oprzeć się kupna pękatego dzbanuszka na herbatę. Chęć nalewania z niego herbaty, czy kawy w jesienno - zimowe wieczory była ogromna. I tak dzbanuszek jest częścią naszej rodziny. Już się zaprzyjaźnia z książkami na półce. A oto fotografie naszych "przyjaciół". Brakuje tylko małgosiowej lampki, jakoś nie udało mi się zrobić zdjęcia przed Jej wyjazdem.
Swoją drogą serdecznie dziękujemy z te odwiedziny, było nam bardzo miło spędzić ten czas z Tobą, kochana:*





czwartek, 16 września 2010

Codzienność

Jesień zagościła w naszych kątach. Każdy dzień jest inny, ale tak jakoś ostatnio zbliżone są one do siebie. Ten sam schemat dnia. Lubię nawet mieć takie okresy, nie na długo, ale tak trochę, żeby spodziewać się co przyniesie jutro. I czas taki spokojniejszy się zrobił ze względu na zbliżającą się jesień. Lubię tę porę roku zaraz po lecie. Jeszcze wiele ciepłych dni, babie lato, deszczowe wieczory skłaniające do rozmyślań, bądź do napisania listu, wiersza... Ten zapach leżących już na ziemi liści, mokrej ziemi i mgły unoszącej się w powietrzu. Magia. Poza tym zawsze uważałam, ze jest to najromantyczniejszy czas na zakochanie się. Dziwnie, że nie wiosna. Ukryte twarze pod ciepłymi szalami, skulone od jesiennego chłodu sylwetki w pośpiechu szukające schronienia, pomocna ręka z parasolem nieznajomego. I tylko po oczach można poznać bratnią duszę i zapragnąć zaznajomić się z nią, usiąść w cichej kawiarence i rozmawiać i rozmawiać, gdy za oknami plucha. Wszystkim samotnym życzę poznania kogoś wartościowego i drogiego sercu tej jesieni.

A w naszym pokoiku zapach suszących się grzybów. Wiszą sobie takie na oknie i już tęsknią do Bożonarodzeniowego bigosu. Marek wrócił ostatnio z lasu z całym koszem grzybów. Za to też kocham jesień.






A ja podusię uszyłam kolejną. Dla jakiegoś dzieciaczka, bo mięciutka jest taka i skłania do przytulania. Mam nadzieję, że trafi w odpowiednie małe łapki:)
Zdjęcia robione komórką, bo baterie w aparacie padły, z tego powodu nie są najwyższych lotów:)



niedziela, 29 sierpnia 2010

Czas twórczy

Oj, tak, tak! Dawno mnie tu nie było. Jednak dzisiaj nadrobię wszelkie zaległości. Co robiłam w tym czasie? Nie, nie byłam na wakacjach (ze względu na Jaśka ten rok odpada), za to wakacje przyszły do nas. Jak to? A tak to. Przyjechali do nas serdeczni goście z zza wielkiej wody i spędzili z nami urocze dwa tygodnie. Dzięki tej wizycie lato 2010 będzie mi się bardzo miło wspominało. Dziękujemy kochani!!
A tak poza tym, to szanowny sierpień okazał niezwykle twórczym czasem. Chyba jeszcze nie wspominałam?! Jak mogłam, przecież to najważniejsza wiadomość! Uruchomiłam maszynę do szycia przecież. Właścicielką jest Mama, pochodzi jeszcze z czasów, gdy byłam mała i mama szyła mi pościel i ubranka i inne cuda na kiju. Stary poczciwy Łucznik. Jasiek stał się już na tyle poważnym Jankiem, że dostał swój oddzielny pokoik, więc swobodnie wieczorami mogę nawalać maszyną. Tak więc jak się zabrałam za kombinowanie, to przestać nie mogłam. Oto jakie są wyniki mojej pracy.

Porządny Jasiek powinien posiadać porządnego jaśka, zatem postanowiłam zrealizować owy plan. Póki co podusia służy jedynie do przytulania, bo za duża do spania, ale ważne, że się podoba. Siedzi sobie teraz dumnie w fotelu tuż obok pluszowego tygryska.



Co więcej, podusia jest dwustronna:)




Dalej mamy też poduszki, tylko już poważniejsze. I te szukają nowego właściciela. Czekam aż ktoś je przygarnie na swoją kanapę i fotel:)












I o to torebce swojej własnej marzyłam. Coby wiele mieściła i taka moja była. Pierwszy raz szyłam takie coś, więc są pewne niedociągnięcia, ale i tak jestem ogromnie zadowolona.




Tylko, żeby nikt mi nie mówił, że się przechwalam. Dzielę z Wami swoją radość z tworzenia czegoś ciekawego. Tyle:) Udanej niedzieli dla wszystkich

czwartek, 5 sierpnia 2010

"Podarunek"


Przypuszczam, że osobie, która nie doczekała się jeszcze potomka trudno sobie wyobrazić jakie czasami bzdurne problemy logistyczne wynikają z faktu, że zwykle my - mamy pchamy przed sobą wózek. Najczęściej dotyczy to schodów, ale również mega krawężników, czy ciężkich drzwi, które otwierają się w stronę podjazdu (nasza przychodnia, o zgrozo!). I od jakiegoś czasu zachodziłam w głowę jak dostać się do mojej ulubionej "Przyjaznej" biblioteki. No bo milion schodów do niej prowadzi i otwarta w takich godzinach, że Jasiek musi być ze mną. Poza tym niech się chłopak uczy od lat najmłodszych, że książki się gdzieś magazynują i można je wypożyczać. Nie zaszkodzi jak się obędzie ze środowiskiem, chociaż póki niewiele z tego rozumie. Wracając... wykombinowałam, a jakże! Sklepik jest nieopodal mały z ciuszkami i pani, która w nim pracuje uprzejma. Tak więc bez problemu wóziczek u niej zostawiłam, a Janek na ręce i w książki. Efektem tamtego szperania między półkami była m.in. książka "Podarunek" Richarda Paula Evans'a. Przekonało mnie do jej wypożyczenia ostatnie zdanie z opisu: "To lektura pełna ciepła, zrozumienia i nadziei." Przeczucie mnie nie myliło - jestem zadowolona. Ja bym jednak to ostatnie zdanie zapisała inaczej: " To lektura, która uczy pomagać i sprawia, że człowiek ma ochotę zrobić coś dla innych." Przynajmniej ja tak ją odebrałam. Akcja osadzona jest w okolicy Świąt Bożego Narodzenia, miło było w upalny dzień przypomnieć sobie ten magiczny klimat przedświąteczny. To, co chciałabym tutaj zacytować, to krótkie myśli zapisane przed rozpoczęciem się kolejnego rozdziału.

"Według mnie różnica między piekłem a niebem polega nie na klimacie, lecz na towarzystwie. Przebywanie wśród ludzi podobnych do nas samych dla niektórych będzie niebem, dla innych istnym piekłem."

"Każde dobro jakie otrzymujemy, i wszelki dar doskonały zstępują z góry..."( Jk 1,17)

"Najważniejszą historią, jaką w życiu piszemy, jest nasza własna - nie jest pisana atramentem, ale codziennymi wyborami."

"Pragnę przejść przez życie w takim sposób, by moja historia nie była opowiadana kiedyś ku przestrodze."

"Wyrzuty sumienia to najbardziej męczący z towarzyszy."

"Zachody słońca i wspomnienia z dzieciństwa łączy ten sam rodzaj magii. I nie bierze się ona z ich piękna, ale z ulotności."

"Wiadomo, że minuta po tamtej stronie byłaby warta więcej aniżeli wszystkie religijne i filozoficzne księgi razem wzięte."

"Złodziejowi się wydaje, że wszyscy wokół to rabusie. Kłamcy, że wszyscy wokół to oszuści. Przekleństwem każdego grzechu jest to, że zamyka nas w kręgu fałszywych wyobrażeń."

"To drobne bezinteresowne przysługi oddane komuś procentują najbardziej".

"Wszyscy jesteśmy księżycami, niektórzy tylko lepiej ukrywają swoją ciemną stronę."

Strach wymierza większą karę, niż kiedykolwiek zdoła to uczynić sprawiedliwość."

"Przebaczenie nie wymaga od nas, abyśmy przymknęli na coś oczy,a raczej abyśmy je tak naprawdę otwarli."